nie pamiętasz hasła?
temperatura 3 °C
wilgotność 60%
Dziś są imieniny: Filipa, Pauliny, Eweliny
×

Uwaga! Nasze strony wykorzystują pliki cookies

Pliki cookies ułatwiają korzystanie z naszych serwisów. Używamy ich w celach reklamowych i statystycznych a także po to, by dostosować nasze witryny dla indywidualnych potrzeb naszych czytelników i użytkowników. Plików cookie mogą też używać nasi partnerzy, reklamodawcy, firmy badawcze oraz dostawcy multimediów. Może zmienić ustawiania dotyczące plików cookies na Twojej przeglądarce. Korzystanie z serwisów bez dokonania zmiany oznacza, że pliki COOKIES będą zapisywane w pamięci twojego komputera lub innego urządzenie, z którego korzystasz do przeglądania witryn internetowych. Więcej informacji na temat cookies znajdziesz w naszej polityce prywatności.

Prawym okiem: chodzenie na lewiznę

dodano: 2014-06-23 11:16:12, ostatnia aktualizacja: 2014-06-23 11:44:20

Przyznam, że z jednej strony z zaciekawieniem, a z drugiej z niesmakiem, obserwuję informacje dotyczące tzw. „afery podsłuchowej”, którą ujawnił tygodnik „Wprost”. Faktycznie można się oburzać „najazdem” służb na redakcję gazety, a pojmie to tylko osoba, która podobnego „ataku” doświadczyła.

 

Sama treść rozmów może i jest dla niektórych osób interesująca, ale mnie przysłowiowy „guzik” obchodzi, co mają do powiedzenia na swój temat politycy tej czy innej partii. Mało mnie też interesują komentarze publicystów, koncentrujące się na takim, czy na innym słowie, wypowiedzianym w poczuciu własnej wielkości, nieomylności i ważności, i ku podkreśleniu tych cech wobec rozmówcy, albo rozmówców.  Patrzcie, jaki jestem ważny! – wydają się krzyczeć, obciążeni „murzyńską” mentalnością politycy. Taki wniosek z obszernych fragmentów opublikowanych rozmów można wysnuć.

 

Równie obojętny jest mi też język, jakim politycy się posługują. Sam potrafię czasami siarczyście zakląć a każdy, kto chociaż raz oglądał „Kuchenne rewolucje” Magdy Gessler wie, że wypikowane bluzganie stało się w dzisiejszych czasach swojego rodzaju modą, kreowaną przez media tzw. mainstreamu.

 

Czy robi wrażenie knucie intryg przez jeden gang krasnali, mających na celu niedopuszczenie do władzy konkurencyjnego gangu skrzatów leśnych albo pozbawienie pozycji dominującej  takiego albo innego skrzata alfa? Oczywiście nie! Od lat zdążyliśmy się już do tych gierek, znaczonymi taliami kart, przyzwyczaić. Widać to wyraźnie po spadającej frekwencji wyborczej oraz niskich notach polityków sondażach opinii publicznej, badających zaufanie.

 

Jest jednak pewna rzecz, która mnie w autentyczny sposób irytuje. Jest nią pospolite złodziejstwo, bo tylko tak można nazwać wydatkowanie publicznych pieniędzy na cele będące celami prywatnymi.

 

Przy okazji tematu nagrań dokonywanych w warszawskich restauracjach (i chyba nie tylko) okazało się, że te całkiem prywatne rozmowy (jak twierdzą zainteresowani) i spotkania sponsoruje budżet państwa oraz podległe politykom instytucje. Wzięcie rachunku za obiad w wysokości 1500 czy  2000 złotych okazuje się być czymś zwyczajnym, na co mało kto zwraca uwagę. Tymczasem właśnie tego rodzaju (z pozoru drobne działanie) świadczy o niespotykanej wręcz arogancji i poczuciu bezkarności.

 

Możemy dokonywać różnego rodzaju zestawień i porównywać np. wysokość zapłaconego rachunku za jednorazowy obiad spożyty przez 3 panów z zasiłkiem dla osoby bezrobotnej i wyjdzie nam oczywiście, że w ciągu dwóch godzin każdy z panów przeżarł środki na miesięczne utrzymanie bezrobotnego, a cały rachunek to pensja pracującego przez cały miesiąc na utrzymanie rodziny mężczyzny. Jednak nie o to chodzi. Słusznie, bowiem swego czasu zauważyła Julia Pitera, że nie ma znaczenia, czy chodzi o jednego wędzonego dorsza, czy o szampan z kawiorem. Liczy się fakt wydatkowania publicznych pieniędzy w ramach tzw. funduszu reprezentacyjnego.

 

Spróbujmy tego rodzaju działania odnieść do funkcjonowania prywatnego przedsiębiorcy. Oczywiście prezes spółki również może wziąć fakturę za obiad z kontrahentami a następnie uwzględnić ją po stronie kosztów prowadzonej przez siebie działalności. Fakturę taką jednak musi dokładnie opisać i w przypadku kontroli urzędników skarbowych powinien być w stanie w sposób racjonalny wytłumaczyć wydatek i co ważne musi on mieć związek z prowadzoną działalnością. W przeciwnym wypadku wydatek zostanie zakwestionowany a przedsiębiorca musi zapłacić należny podatek wraz z należnymi odsetkami.  

 

Takimi „głupstwami” jednak nie muszą martwić się opłaceni z podatków urzędnicy, ministrowie i inni konsumenci naszych podatków, których wysokość wciąż wzrasta a tzw. dzień wolności podatkowej, każdego roku przesuwa się o kolejny dzień w kierunku sylwestrowej nocy.

Warto więc, by ktoś zadał pytanie: gdzie są organa kontroli skarbowej, Najwyższa Izba Kontroli czy inne służby odpowiedzialne za kontrolę nad legalnością funkcjonowania organów władzy państwowej lub samorządowej? Czemu żaden z posłów nie złożył dotąd wniosku o skontrolowanie przez Policję Skarbową, restauracji w której dochodziło do spotkań polityków, pod kątem wystawianych faktur na instytucje publiczne? UKS mają przecież doświadczenie w przeprowadzaniu kontroli krzyżowych. Dlaczego wciąż nie ma wniosku o przeprowadzenie doraźnych kontroli „funduszy reprezentacyjnych”, jakimi dysponują ministerstwa i państwowe zakłady budżetowe, spółki Skarbu Państwa itd.?

 

Z drugiej strony takie kontrole również niewiele wnoszą. Rzadko kiedy kończą się zarzutami o niegospodarność. Jednym słowem: ręka rękę myje, więc kontroluj tak, by kiedyś ktoś ciebie nie skontrolował.

 

Sporo się teraz mówi o przyspieszonych wyborach, samorozwiązaniu sejmu i wotum nieufności dla rządu. Mając na uwadze fakt bezwzględnego wykorzystywania publicznych pieniędzy do osobistych i partyjnych celów, wydaje się, że to Jarosław Kaczyński ma rację proponując wybory, po powołaniu tzw. premiera technicznego. Dopiero to może stworzyć równe szanse dla wszystkich biorących udział w sejmowym wyścigu podmiotów. 

 

 


Możliwość komentowania wygasła

dodaj artykuł dodaj fotoreportaż
szukaj w artykułach
zobacz również
^ do góry